', 'auto'); ga('send', 'pageview');
Menu

krytycznik

Blog o współczesnym świecie - o serialach, filmach i książkach. O polityce, kulturze, socjologii, zombie, końcu świata, rasizmie, feminizmie i o wszystkim tym, co podnosi nam ciśnienie. O popkulturze - krytycznie.

ILE WAŻY KREW, czyli "Skucha" Jacka Hugo Badera

anetakruk

skucha_hugo_bader

 

 

OSTATNIO NIE DAŁAM RADY: Wciąż usiłuję przeczyczać Lód Dukaja. Jestem na 78 stronie. Jeszcze nie wszystko stracone.

CZYTAM: książkę Margaret Atwood Serce umiera ostatnie zachęcona całkiem przyzwoitą awanturą na jej temat w Poczytalnych w radiu TOKFm.

JEDNAK NIE, TO NIE DLA MNIE: Kościół kobiet Zuzanny Radzik. Dopiero na 55 stronie tej książki uświadomiłam sobie, że oczekiwałam od niej czegoś zupełnie innego. Mój błąd. Książka być może dla feministek, ale tylko tych katolickich. Mnie zanudziła szczegółami z życia Kościoła.

 

Jacek Hugo Bader, jak sam przyznaje, długo zwlekał z napisaniem książki opisującej pokolenie Solidarności. Napisał ją dopiero teraz, po dwudziestu siedmiu latach wolnej Polski. I nie mógł trafić gorzej.

Autor Skuchy dobija się do drzwi naszej zbiorowej pamięci, aby wpuścić do niej garstkę zmęczonych życiem, potarganych chorobami i słabościami ludzi i jeszcze wydaje mu się, że powinniśmy uznać ich za bohaterów!

Cóż to jednak za bohaterowie..! Najważniejsi z nich to ten, który w chwili słabości podpisał lojalkę, ten, który stał się kobietą (grzech chyba jeszcze gorszy od tego pierwszego), ten, który jest alkoholikiem i ten, który jest złodziejem.

Książka powstała w czasach, kiedy w Polsce święci się pomniki tak zwanych „Bohaterów Wyklętych”, kiedy ważona jest każda kropla krwi przelanej w walce za ojczyznę (im więcej przelanych litrów, tym większy bohater), Hugo Bader opisuje ludzi, którzy nie tylko nie polegli, nie tylko w walce nie odnieśli ran fizycznych, ale których jedyną bronią było słowo pisane, wolna prasa, czyli wszystko to, czym dzisiaj się pogardza. Skucha została wydana przez Agorę SA i Wydawnictwo Czarne Sp z o.o. w Warszawie w 2016 roku.

Bohaterowie Hugo Badera to postaci żywe, prawdziwe i z krwi i kości, daleko im do pomnikowych herosów. Niektórych z nich oglądamy ich na co dzień, są przecież osobami publicznymi. Są podstarzali, schorowani, niektórzy nadużywają alkoholu, słowem - mało w nich romantyzmu i trudno ich podziwiać.

Tymczasem aktualnie najbardziej zajmują nas bohaterowie, którzy umarli śmiercią męczeńską, zaklęci w przeszłości – młodzi, piękni, bohaterscy, bez wad i skazy jak "Inka" czy "Zagończyk".

Hugo-Bader pyta w swej książce o losy tych, którzy wojnę przeżyli, w tle opowieści o walce z PRL-em opowiada także o rodzicach pokolenia "Solidarności". Oto jak o swej relacji z ojcem opowiada jeden z bohaterów – Tomasz Dangel:

Z mojego dzieciństwa pamiętam, że jak siadałem z ojcem do stołu, to od razu zaczynał mnie boleć brzuch. (…) Bo wiedziałem, że niczego nie będzie można zostawić, żadnych ziemniaków nawet, chleba (…). Nabawiłem się najprawdziwszej nerwicy związanej z jedzeniem. (…) (Ojciec) Przeżył głód, więc szanuje jedzenie. Jest twardy. Nie dał się złamać ani Niemcom, ani komunistom i zachował wiarę w Boga. To on kieruje mnie do harcerstwa, które mnie kształtuje. Ojciec umiera z głodu i wyniszczenia. Ma raka przełyku, a ja dwadzieścia lat wtedy. I nie żegnam się z nim. Długo muszę potem nad tym pracować.1 

Tomasz Dangel po latach przyznaje, że staje się coraz bardziej podobny do swego ojca, nosi w sobie podobne traumy i jest tak samo jak ojciec twardy i tak samo jak on bezkompromisowy.

Cóż to za paradoks – Polacy oto my, naród, który od dziesiątek lat nie był tak bezpieczny i tak zamożny, mamy względne bezpieczeństwo, i czas na rekonstrukcje historyczne, oglądanie meczy, wydajemy miliny na naklejki z symbolem Polski Walczącej. Wydaje nam się, że najważniejszym naszym problem są imigranci, uchodźcy wojenni z dziećmi na rękach i drżymy przed ich napływem, jednocześnie przeglądamy się sobie przez pryzmat umierających żołnierzy Powstania Warszawskiego, pławimy się w ich krwi bez krztyny wstydu i nie wybaczamy nikomu żadnej słabości. Traktujemy naszą historię jak interaktywną grę komputerową, zajadając schabowego i popijając piwkiem, przyglądamy się z surowością małych, okrutnych dzieci pokoleniu naszych rodziców i naszych dziadków i wytykamy palcami – temu granat oderwał nogę, więc niezhańbiony, ten uciekł do lasu poświęcając swoją rodzinę – godny pomnika, temu przestrzelili mózg – ten bohater.

Że niby ciężka, żmudna, codzienna praca miałaby być powodem do chwały? Że walka z komuną za pomocą mądrego, wyważonego słowa, argumentów i racji to podwalina przyszłego demokratycznego państwa?

Nigdy! Żaden dumny Polak nigdy się z tym nie pogodzi! I na nic zda się tłumaczenie, że przelew krwi nic dobrego naszemu państwu nie przyniósł, że tylko Polskę osłabiał i cofał w rozwoju. Na nic zda się tłumaczenie mojemu pokoleniu, pokoleniu lat 70, 80, że za czasów komuny odwagi wymagało wszystko – życie, rozmawianie o przyszłości, rodzenie dzieci i mówienie prawdy.

Na nic to jednak. Hugo Bader pisze na próżno. Nie mówi wprost tego, co ja mogę powiedzieć bez ogródek – moi rówieśnicy, dzieci Kolumbów z lat 50 są właśnie zajęci pracowitym wymazywaniem przeszłości z pamięci. Kiedy słucham lub oglądam znane osoby mniej więcej w moim wieku, coraz częściej słyszę uparte „nie pamiętam”, „byłem za mały(a)”, choć często mowa o ludziach starszych ode mnie. Ja miałam dziesięć lat, kiedy komunizm upadł, ale pamiętam go doskonale i nie zapomnę nigdy. Tymczasem wielu z moich równolatków poczuwa się do bycia bezpośrednimi spadkobiercami żołnierzy wyklętych, lata 45-89 wykreślili z życiorysu, wytarli gumką ze swej pamięci, jako zbyt przaśne, zbyt absurdalne i zbyt wstydliwe. Możemy się przecież szczycić przed światem bohaterską obroną przed hitlerowskimi Niemcami, ale jak tu się szczycić kilometrowymi kolejkami za papierem toaletowym, wódką pochowaną po kątach, cenniejszą wówczas od pieniędzy?!

I tak oto stają przed nami bohaterowie Hugo Badera, podstarzali, brzydcy, schorowani i domagają się swego miejsca w historii.

Zastanawiałam się długo nad jakimś tak zwanym kluczem interpretacyjnym do opowieści Hugo-Badery. Udawałam, że nie widzę oczywistych śladów, które pozostawia autor, uparłam się, aby je ominąć. Otóż nie spodobał mi się najzwyczajniej w świecie literacki zabieg autora, aby każdego z opisywanych bohaterów porównywać do psów rozmaitych ras. I nie spodobało mi się owo porównanie nie dlatego, że wydało mi się niewłaściwe dla ludzi ich pokroju, ale dlatego, że powtarzający się przy okazji motyw porzucenia, skupiał moją uwagę na jednym tylko tropie. Otóż przeciętny inteligent, lewak nie daj boże taki jak ja, będzie płakał nad losem porzuconych zwierzaków, będzie się nad nimi litował. Oto do czego doprowadziła polska demokracja kapitalistyczna – litujemy się nad zwierzętami, debatujemy o ich prawach, a zapominamy o ludziach, którzy na swych plecach nam tę demokrację przenosili przez dziesięciolecia. Taka interpretacja nasuwa się po przeczytaniu tej opowieści, ale mnie wydaje się jednak ona zbyt powierzchowna i płytka. Myślę, że autor stosując zabieg zestawiania swych bohaterów z różnymi rasami psów, opowiadając o ich losach niejako równolegle, odkrywa przed nami inne interpretacyjne tropy, dużo bardziej wstydliwe.

Przyszło mi do głowy, że owo porównanie bohaterów do psów wzbudziło we mnie taką irytację z innego powodu, który nienajlepiej o mnie świadczy. Być może w głębi duszy kochając swoje psy, podświadomie gardzimy nimi? Gardzimy ich wiernością, miłością, która wybacza wszystko, gardzimy ich bezbronnością, choć przecież ich przodkowie (podobnie jak przodkowie bohaterów Badera) to waleczne, krwiożercze wilki. Tymczasem Hugo-Bader opowiada o brzydkich, łagodnych i bezzębnych kundlach, przybłędach proszących przy stole o kawałek chleba. Jak tu podziwiać takie zwierzaki? Można się nad nimi ewentualnie zlitować, przygarnąć, pogłaskać, ale budować im pomniki w narodowej, zbiorowej pamięci?

Nie wiem, czy to właśnie autor miał na myśli, ale z drugiej znów strony, skąd ja właściwie mam wiedzieć, o co mu chodziło?!

Ta książka jest zbyt bolesna, zbyt bliska, dotyka mnie zbyt głęboko, abym mogła tak po prostu napisać – to bardzo dobra książka, potrzebna i dobrze, że powstała.

Tak oto poznając bohaterów książki Hugo-Badera dowiedziałam się o sobie kilku bardzo niemiłych rzeczy.

 1. Jacek Hugo-Bader, Skucha, wyd. Agora SA, wyd. Czarne Sp z o.o., Warszawa 2016, str.40-42.

© krytycznik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci