', 'auto'); ga('send', 'pageview');
Menu

krytycznik

Blog o współczesnym świecie - o serialach, filmach i książkach. O polityce, kulturze, socjologii, zombie, końcu świata, rasizmie, feminizmie i o wszystkim tym, co podnosi nam ciśnienie. O popkulturze - krytycznie.

RECENZJA "KOŃCA WARTY", najnowszej książki Stephena Kinga

anetakruk

a26b0b0a171 

Uwaga – pierwsza część recenzji będzie bez spoilerów dla tych, którzy chcieliby się dowiedzieć, czy po książkę warto sięgnąć. Jednak nie sposób napisać czegoś sensownego na temat tej powieści bez ujawnienia pewnych fabularnych szczegółów, dlatego druga część recenzji będzie zawierała spoiery, o czym uprzedzę w odpowiedniej chwili.

Zacznę od słabych punktów. Ostatnia warta to powieść dobra, lecz nie pasjonująca. Wartka akcja nie wciąga od pierwszej strony i czytając ją, raczej nie ryzykujecie, że zarwiecie noc. Niestety.

Stali Czytelnicy "krytycznika" wiedzą, że mam coś w rodzaju obsesji na punkcie ciekawych i pełnokrwistych bohaterów, więc to jeden z pierwszych elementów, na który zwracam uwagę. Mimo dwóch poprzednich powieści o policjancie na emeryturze - Hodgesie nie zdołałam się zaprzyjaźnić ani z tym bohaterem ani z jego młodszymi towarzyszami – Jerome i Holly. Wydają mi się to postaci "zarysowane" literackim piórem Kinga za pomocą pracy umysłowej, ale zupełnie bez serca. Dodatkowo trzecioosobowy narrator, mało zaangażowany w losy osób, które opisuje, tworzy między nimi a czytelnikiem niewidzialną szybę obojętności. Wzystko to sprawiło, że nową powieść Kinga czytało mi się wyjątkowo ciężko.

W Ostatniej warcie pisarz wraca po raz trzeci do historii młodego mężczyzny Brady'ego Hartsfielda, który wjeżdża w grupę ludzi stojących w kolejce po pracę ukradzionym mercedesem. Wiele jest motywów, wokół których Stephen King tworzy całe uniwersum wydarzeń, jednym z moich ulubionych jest miasteczko Salem, które autor opisuje w kilku powieściach. Przez lata obcowania z prozą tego pisarza nauczyłam się wyławiać wspólne dla różnych historii elementy i interpretować je wciąż na nowo.

Jednak motyw psychopaty, który za pomocą wyjątkowych zdolności ucieka ze szpitala psychiatrycznego, aby dopełnić swego niszczycielskiego dzieła, jest tylko z pozoru pomysłem pasjonującym. Przecież King jest mistrzem wtedy, kiedy opisuje zło jako coś nieokreślonego, tajemniczego, co przychodzi z zewnątrz i niczym zaraza dotyka kolejne ofiary.

Personifikacja zła w konkretnej osobie szalenica-mordercy o imieniu Brady nie budzi takiej grozy i w konsekwencji powieść dużo na tym traci. Gdyby ktoś chciał przeczytać kryminał, nie sięgałby po Kinga, prawda?

Ale mimo wszystko opłaca się przebrnąć kolejne kartki Ostatniej warty, bo pomysł autora na rozwinięcie akcji jest bardzo ciekawy i otwiera tyle dróg popkulturowej interpretacji, że ja w "krytyczniku" nie posiadałam się z radości. Choć, aby dotrzeć do najciekawszych fragmentów, trzeba przebrnąć przez wiele, wiele stron przeciętnej akcji, warto pocierpieć trochę dla sprawy.

Teraz uwaga – dalej już będą spoilery, a w ostatnim akapicie recenzji piszę o zakończeniu książki.

Pomysł z mordercą, który wykorzystuje współczesną technologię, aby dotrzeć do umysłów młodych ludzi i nakłonić ich do samobójstwa, wydaje mi się bardzo współczesny i wyjątkowo trafny. Zło niczym wirus rozchodzi się w internecie i zaraża kolejne, szczególnie podatne na takie sugestie ofiary – wrażliwi, młodzi ludzie, geje, którzy dopiero odkrywają swoją seksualność, czy bogate, czarne dzieciaki, które nękają wyrzuty sumienia, że ich kolorowi rówieśnicy pozbawieni są równych szans. Pod tym względem powieść Stephena King jest dość zaangażowana i opowiada o współczesnej Ameryce, co należy autorowi policzyć za plus.

Świetne jest też porównanie wirusa samobójstw online do raka trawiącego ciało głównego bohatera czyli byłego policjanta Hodgesa. Podobnie jak samobójcze skłonności, także i nowotwór prędzej czy później zabija organizm, w którym się rozwija, a zatem także i siebie. Tym samym Hodges porównuje Bradego do raka i jest to porównanie trafne.

Największym rozczarowaniem jest jednak zakończenie książki, które można przewidzieć od pierwszych jej stron, i jeśli w trakcie czytania nadal byłam ciekawa, jak starcie Hodges - Hartsfield się zakończy to tylko dlatego, że owe przeczucie wydało mi się zbyt oczywiste. Nic z tego. King prowadzi nas krok po kroku do zakończenia historii i chyba nie bardzo zależy mu na efektownym finale. Wydaje mi się, że powieść ta powstała po to, aby zwrócić naszą uwagę na to, co jest pomiędzy, czyli dramatyczny problem, jakim jest fala samobójstw młodych ludzi.

Stephen King wiele razy w swej prozie siedział niejako okrakiem między fantastyczną fabułą dreszczowca a chęcią opisu problemów Ameryki. Wiele razy pod płaszczykiem powieści grozy poruszał takie tematy jak przemoc w rodzinie, alkoholizm, klaustrofobiczna zaściankowość zamkniętych społeczności małych, amerykańskich miasteczek. Wiele razy udawało się w jego prozie tak wypośrodkować akcenty poważne i fikcyjne, że czytelnik nie nudząc się ani chwili, zmuszony był jednocześnie do zadawania sobie trudnych pytań.

Czy i tym razem mu się to udało? Mnie do końca nową książką nie przekonał, ale oceńcie sami.  

 

© krytycznik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci