', 'auto'); ga('send', 'pageview');
Menu

krytycznik

Blog o współczesnym świecie - o serialach, filmach i książkach. O polityce, kulturze, socjologii, zombie, końcu świata, rasizmie, feminizmie i o wszystkim tym, co podnosi nam ciśnienie. O popkulturze - krytycznie.

BEZ TYTUŁU I BEZ AUTORA - czyli co wydaje "Znak"?

anetakruk

 Nieniejsza recenzja powstała na prośbę wydawnictwa "Znak". Autorka recenzji napisała ją bez znajomości autora książki i bez znajomości jej tytułu.

Nobliści młodnieją, komputer gada, żona daje dupy mojemu szefowi, globalny świąteczny cud.” Oto wizja nowoczesności po polsku – przaśnie, po męsku i rozpaczliwie nudno. Dzisiaj Drodzy Czytelnicy w krytyczniku recenzja wyjątkowa – powieści bez tytułu i bez autora, a wszystko to – w imię obiektywizmu.

Kiedy wydawnictwo „Znak” zgłosiło się do mnie z propozycją wzięcia udziału w nowatorskim projekcie, bardzo się ucieszyłam. Miałam oto ocenić książkę nie tylko przed premierą, ale i nie znając jej autora ani tytułu. W liście załączonym do recenzenckiego egzemplarza – czarnej, niepozornej i anonimowej książki - wydawca obiecywał mi, że książka będzie o trzech rzeczach, których nikt nie rozumie: polityce, miłości i fizyce kwantowej. Dodatkowo miała być napisana w taki sposób, by zrozumiał je każdy. List zachwala powieść, umieszczając ją w kontekście prozy Philipa K. Dicka, czy takich seriali jak Westworld czy Black Mirror. Zdecydowałam się zatem wsiąść na pokład tego tajemniczego, pozbawionego flagi okrętu. Byłam podniecona jak dzieciak i zżerała mnie ciekawość.

Jedną z najpiękniejszych części świata jest penis – zaznaczyła kolejne miasto na mapie, obrysowując je różowym flamastrem w kształt chujka. Tak brzmi pierwsze zdanie naszego omawianego "dzieła". Nie mam żadnych pretensji do seksualnych aluzji i nawiązań do seksu w literaturze. Uważam, że erotyka w wielu serialowych scenach jest niezłą metaforą życia i nie służy wyłącznie do wywoływania skandali. Jednak pierwsze zdanie książki, o której nic nie wiedziałam poza skąpymi informacjami z listu od wydawcy, wydało mi się pretensjonalne, pomijając już kontrowersyjność samego stwierdzenia o tym, co jest piękne a co nie. To przecież kwestia gustu, a z gustami się nie dyskutuje.

Można oczekiwać, że po takim wstępie, dalej będzie się wiele działo, ale niestety – dalej jest tylko gorzej i gorzej.

Pierwsze, co zdecydowanie zaskakuje w powieści, szczególnie w zestawieniu z intrygującymi obietnicami wydawcy, to dość absurdalna banalność fabuły. Czytelnik śledzi losy dwojga bohaterów, ona – niezamożna studentka psychologii w Polsce, sprzedająca wirtualny seks, on – bogaty, genialny inżynier amerykański mieszkający w Krzemowej Dolinie. Ona – biedna ofiara zacofanego kraju, on zaprasza ją do siebie, aby opiekowała się jego dzieckiem. Trudno o bardziej stereotypową narrację, o większe, narodowe komunały. Ameryka w książce to kraj z plastiku - z basenami, drinkami, egzotycznymi kobietami i szybkimi samochodami, Polska za to jest zasypana śniegiem, szara, pozbawiona internetowego zasięgu, z płaskorzeźbami Jarosława Kaczyńskiego i furmankami na drogach. Ten uproszczonym kontrast był jednak ponad moje siły.

Najgorsze jednak jest to, że autor tego dzieła postanawia nagle zmierzyć się z tematem gwałtu. Natasza, główna bohaterka zostaje zgwałcona w swoim mieszkaniu w dramatycznych okolicznościach, o czym opowiada w dalszej części tekstu. Czytelnik dostaje tym wątkiem niejako po głowie – pojawia się nagle, zaskakuje, nadaje całej powieści nowej perspektywy, by za chwilę zniknąć bez śladu zarówno z warstwy narracyjnej powieści jak i z psychiki Nataszy. Intuicja podpowiada mi, że tak poprowadzony wątek agresji seksualnej na kobiecie mógł urodzić się w wyobraźni jedynie mężczyzny.

Powieść, którą wydawnictwo „Znak” proponuje czytelnikom jako wizjonerską, opowiadającą o „mariażu ludzkości z technologią” jest akurat pod tym względem zupełnie nieciekawa. Autor roztacza przed nami dość chaotyczną wizję świata, w którym wszechwładna i niemal wszechmocna sieć toczy zaciętą walkę o duszę świata z nową, kwantową rzeczywistością, która jest niejako istnieniem samym w sobie, rzeczywistością alternatywną, w której nie tylko nie działają prawa fizyki, ale w której przeszłość, przyszłość i teraźniejszość istnieją na równych warunkach. Byłaby to nawet całkiem niezła apokalipsa, gdyby autor pokusił się o bardziej dogłębną analizę, o trafniejsze opisy, których mi w powieści bardzo brakuje. Uporczywe tłumaczenie, że rzeczywistość weszła na wyższy level jest niepokojąco niedojrzałe i pozostawia w czytelniku niedosyt. Jaką właściwie przyszłość przepowiada nam autor? Na to pytanie jest odpowiedzieć niezmiernie trudno.

To, co wydało mi się jednak najciekawsze w tej przedziwnej powieści, jest poza sferą fantastyczno-naukową. Nie mogłam się bowiem w trakcie czytania pozbyć wrażenia, że autor powiela kilkakrotnie pewien schemat, który raz odkryty budzi o wiele więcej niepokoju, niż wszystkie jego apokaliptyczne wizje razem wzięte. Wszystkie bohaterki tegoż autora przed czymś uciekają, pojawiają się i odchodzą, wracają tylko po to, by znów zniknąć z pola widzenia. Najbardziej enigmatycznymi postaciami są zaś książkowe matki. Umierają (matka Nataszy), są nieobecne i zajęte pracą (matka Toma), lub medytacją (matka syna Toma). Wszystkie kobiety żyją w sferze emocji i uczuć, w sferze niezrozumienia i irracjonalności, w przeciwieństwie do mężczyzn – matematyków, fizyków, naukowców. Autor prowadzi ze swym czytelnikiem grę nierówną i w pewnym sensie dość manipulacyjną tak rozstawiając pionki na planszy, aby kobiece role wcisnąć do dawno zgranych, mało współczesnych ról – kobieta-prostytutka, kobieta-matka, kobieta-opiekunka, kobieta-obiekt seksualnego pożądania. Owa schematyczność i powtarzalność stereotypów razi w omawianej powieści chyba najbardziej.

Na koniec dodam jeszcze kilka słów na temat języka powieści, z którym od samego początku miałam spory problem. Autor posługuje się językiem uproszczonym, czasem wręcz nieporadnym, czytałam akapit po akapicie wracając do tych samych wątków, gubiąc się w tym, kto właściwie jest podmiotem wyrażanych myśli.

Podsumowując – dawno już tak nie rozczarowała mnie chyba żadna książka. Jeśli powieść ta miałaby być na miarę powieści Philipa K. Dicka, lub na miarę współczesnych seriali takich jak Black Mirror, to przyjdzie nam chyba na taką właśnie powieść jeszcze trochę poczekać.

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu „Znak”.

 

 

© krytycznik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci