', 'auto'); ga('send', 'pageview');
Menu

krytycznik

Blog o współczesnym świecie - o serialach, filmach i książkach. O polityce, kulturze, socjologii, zombie, końcu świata, rasizmie, feminizmie i o wszystkim tym, co podnosi nam ciśnienie. O popkulturze - krytycznie.

STEPHEN KING i ekranizacje

anetakruk

StephenKing58b701475f9b5860467174a6

 

Stephen King to taki pisarz, który z zapałem zachęca swoich czytelników do oglądania kiepskich filmów na podstawie własnych bestsellerów. Niewiele osób wie, że Stephen King był tak rozczarowany Lśnieniem Stanleya Kubricka z 1980 roku, że w 1997 zgodził się na ponowną ekranizację swego dzieła, tym razem samemu pisząc scenariusz1. Stephen King zarzucał kultowemu już filmowi Kubricka, że pominął istotne w książce wątki choroby alkoholowej, a rolę żony głównego bohatera, Wendy (pamiętna Shelley Duvall) nazwał w niedawnym wywiadzie jedną z najbardziej mizogenicznych bohaterek, jakie stworzyło kino. Występuje w filmie tylko po to, aby krzyczeć (...) To nie jest kobieta, o której sam bym napisał.2

3A760B3D000005783944372Iconic_actress_In_a_sneak_peek_of_an_upcoming_show_released_Wedna34_1479354105144

Być może King ma dużo racji, jeśli chodzi o rolę Duvall. Aktorka, która zmaga się z bardzo poważnymi zaburzeniami psychicznymi, niedawno w jednym z telewizyjnych programów wyznała, że w trakcie pracy nad Lśnieniem była nękana psychicznie zarówno przez reżysera jak i przez Jacka Nickolsona, o czym opowiadał 6 grudnia zeszłego roku w swym ciekawym programie Kwadrans Filozofa Tomasz Stawiszyński, zadając niezwykle zasadne pytanie "Czy artystom wolno więcej?"3

To bardzo budujące, że Stephen King jest pisarzem wyczulonym na wątki kobiece, o czym już kilka razy w krytyczniku pisałam.4 Niestety, szkoda że nie jestrównie wyczulony na aspekty artystyczne filmów, które są adaptacjami jego książek, gdyż tak to już jakoś jest, że za każdym razem, kiedy King film wychwala, wychodzi z niego potem nudny gniot.

Tak się złożyło, że w ostatnim czasie miałam okazję obejrzeć różne produkcje nakręcone na podstawie powieści tego pisarza – najpierw widziałam kinową wersję Mrocznej wieży, potem serial Netflixa Mgła, a na koniec w zaciszu domowym obejrzałam Cell Toda Williamsa z Johnem Cusackiem i Samuelem L. Jacksonem w rolach głównych.

Wszystkie trzy produkcje są niestety zaledwie średnie, wyglądają trochę tak, jakby w ostatniej chwili tuż przed premierą komuś przyszło do głowy poproszenie o opinię Konfederację Episkopatu Polski lub Radę Mediów Narodowych, które nakazały wykreślić najciekawsze i najbardziej mroczne sceny. Filmy wyglądają jak ugrzecznione wersje baśni braci Grimm, brak w nich elementu grozy, brak zaskoczenia, brak czupurności, którą w kinie tak lubię. Paradoksem jest to, że King, od lat okrzyknięty Królem Grozy, zezwala na produkcję filmów tak nudnych i dość bezpiecznych, choć wszystkie trzy dzieła, na podstawie których powstały wymienione trzy filmy, zawierają bardzo złożone i dobrze rozbudowane elementy horroru, które można było wykorzystać.

 images7

Mroczna wieża zdecydowanie wygrywa ranking w kategorii "porażka roku". Nie potrafię zrozumieć, jakim cudem Matthew McConaughey i Idris Elba dali się namówić na zagranie głównych ról po przeczytaniu tak kiepskiego scenariusza. Film operuje tyloma skrótami, że trudno je wyliczyć – pomysł, aby słowa o "umyśle dziecka zdolnym do zniszczenia wieży" potraktować dosłownie, może śmiało konkurować w dziedzinie kreatywności z polską wersją Wiedźmina z 2001 roku. Nie jestem miłośniczką książkowego pierwowzoru, ale mimo wszystko Stephen King stworzył w Mrocznej wieży świat bardzo bogaty, pełen barw i znaczeń, które aż się proszą o filmową adaptację. Tymczasem pomysł na przeniesienie akcji do współczesnego świata i zarazem obcięcie do minimum wątków fantastycznych wydaje się mi się sposobem na zaoszczędzenie budżetowych pieniędzy, które chyba co do grosza weszły do kieszeni obu gwiazd – McConaughey i Elby. W ogólnym filmowym marazmie zawodzą jednak i oni. Ten pierwszy był wyraźnie skrępowany rolą, brakowało mu charyzmy i wyczucia. Elba był co prawda znacznie lepszy, ale za to większość scen z jego udziałem to głupawe dialogi z dodatkowym i nikomu niepotrzebnym bohaterem – Jake'm (Tom Taylor) z których nic nie wynikało poza pochrapywaniem niektórych widzów siedzących w tylnych rzędach w kinie.

Mroczna wieża to po prostu film nudny, taki o którym zapomina się pięć minut po wyjściu z kina, który ani nie bawi, ani nie przeraża, ani nie zachwyca wizualną stroną, na co jednak trochę liczyłam. Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak zaliczenie tej produkcji do długiej serii nieudanych ekranizacji książek Kinga.

 download16

Trudno się zatem dziwić, że z wielkim niepokojem zaczęłam oglądać Mgłę Netflixa. Przypomniała mi ona wszystkie moje kłopoty z odbiorem produkcji z tej platformy. Już dawno zrozumiałam, że z tego romansu wiele nie będzie, że poetyka, jaką stosuje Netflix jest najzwyczajniej w świecie skierowana do dużo młodszego ode mnie widza i że poza House of cards nie znajdę tam wiele dla siebie. Mimo wszystko znając doskonale opowiadanie Stephena Kinga i jego pierwszą filmową adaptację (bardzo dobrą z resztą wyreżyserowaną przez Franka Darabonta), doszłam do wniosku, że mając do dyspozycji tak dobry materiał, po prostu nie ma czego zepsuć. A jednak. Przeczołgałam się przez kolejne odcinki, namęczyłam się jak potępieniec, zapoznając się z milionem pobocznych, bezsensownych wątków i zniechęciłam się tak bardzo, że do obejrzenia ostatniego odcinka zmusiłam się po długiej przerwie na potrzeby tej recenzji. Lubię i cenię wątki feministyczne, ale w Mgle prowadzone są one tak nieumiejętnie, że po prostu stają się parodią. Czasem trzeba się zdecydować, czy chce się nakręcić film o przemocy wobec kobiet z rozbudowanym wątkiem przemocy wobec gejów, serial grozy o śmierci we mgle, naiwnej wierze w "matkę naturę", naiwnej wierze w Jezusa Chrystusa, czy też o wojskowych eksperymentach. Wszystko razem wymieszane może się skończyć przejedzeniem i ciężką niestrawnością.

108964.1

Kto nie widział, tego zachęcam do obejrzenia Mgły Franka Darabonta, która nie jest co prawda jego najwybitniejszym filmem (jest nim natomiast Skazani na Shawshank), ale pokazuje, ile dla filmu znaczy sprawna praca reżysera. Darabont poza tym, że świetnie czuje prozę Stephena Kinga, jest naprawdę dobrym fachowcem, pokazuje dramat bohaterów w taki sposób, że widzowi włosy stają dęba, każda scena jest dopracowana i ma odpowiednią domieszkę chaosu, ale wszystko to oparte jest na solidnych fundamentach niezawodnej gry aktorskiej. W porównaniu do Mgły Darabonta, Mgle Netflixa brakuje w zasadze wszystkich tych składników, a gra aktorów woła o pomstę do nieba. Trudno właściwie jednoznacznie stwierdzić, kto jest gorszy z najważniejszych postaci, ale tak naprawdę w filmie najbardziej zgrzytają postaci kobiece. Niestety.

Nie ma Stephen King szczęścia do reżyserów, którzy potrafiliby się wykazać wrażliwością na tematy feministyczne. Nawet wymieniony Darabont przedstawił w swej wersji Mgły dość nudne i szablonowe bohaterki, a najważniejsza akcja kręci się w zasadzie wokół mężczyzn.

Producenci Netflixa najwyraźniej chcieli naprawić ten błąd, bo wątek przemocy wobec kobiet wyeksponowany został tak bardzo, że stał się w zasadzie centralnym punktem całego filmu. I byłabym z tego zadowolona, gdyby nie przeciętność całego widowiska. Serialowi brak napięcia, brak akcji, tytułowa mgła nie stanowi takiego zagrożenia jak u Kinga czy u Darabonta. Bohaterowie podróżują właściwie bez przeszkód z miejsca na miejsce, a mgła sama wybiera swe ofiary, a w swym wyborze jest niesłychanie zachowawcza i przewidywalna.

hero_Cell2016

Wszystkie poprzednie zarzuty wobec omawianych filmów można powtórzyć w odniesieniu do Cell nakręconego przez Toda Williamsa. Można nawet żartobliwie dorzucić, że Cell wdzięcznie łączy słabości poprzednich filmów – ma zbyt ograniczony budżet, który w dodatku został wydany w całości na obsadę (wspomniani John Cusack i Samuel L. Jackson), ale jednocześnie to aktorstwo jest słabe i niemrawe, jakby sami zainteresowani śmiertelnie nudzili się w trakcie kręcenia filmu. Do filmowej adaptacji Cell być może wrócę jeszcze kiedyś, kiedy w krytyczniku przyjdzie czas na omówienie tego właśnie horroru Kinga, choć uwierzcie mi na słowo – nie bardzo jest o czym mówić.

Wszystkie te filmowe eksperymenty z prozą Stephena Kinga nie zraziły filmowych producentów. W najbliższym czasie do kin zawita słynne To i krążą pierwsze plotki, że tym razem adaptacja się udała. Uwierzę, jak zobaczę. Netflix szykuje kolejną produkcję opartą na powieści Kinga Gra Geralda, o której już Wam w krytyczniku opowiadałam i przyznam, że trailer wygląda dość zachęcająco. (Oba zwiastuny możecie obejrzeć udostępnione na fejsbukowym profilu krytycznika). Na koniec wielbiciele Kinga powinni też z utęsknieniem czekać na serial opowiadający o Castle Rock, słynnym mieście, o którym King pisze wiele razy w swoich książkach, miejscu zarazem zwyczajnym i przerażającym, w którym dzieją się najbardziej krew w żyłach mrożące wydarzenia pod patyną nudnej codzienności. Dobra wiadomość jest taka, że w projekcie bierze udział J. J. Ambrams, zła jest taka, że... hm... produkcję nadzorować będzie Mistrz i Król grozy we własnej osobie.

 

© krytycznik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci