', 'auto'); ga('send', 'pageview');
Menu

krytycznik

Blog o współczesnym świecie - o serialach, filmach i książkach. O polityce, kulturze, socjologii, zombie, końcu świata, rasizmie, feminizmie i o wszystkim tym, co podnosi nam ciśnienie. O popkulturze - krytycznie.

BARDZO POPRAWNY FILM, czyli "Gra Geralda" Netflixa

anetakruk

 grageraldanetflixoriginal

 

Nowa adaptacja książki Stephena Kinga Gra Geralda wyprodukowana przez stację Netflix to film poprawny. Tylko tyle i aż tyle. Jak dotąd filmy na podstawie książek tego autora były albo bardzo udane albo zupełnie nietrafione – po raz pierwszy można napisać, że powstał film niezły wizualnie, niewzbudzający kontrowersji, grzeczny i nieźle wykonany, choć aktorsko jednak nieprzekonujący do końca.

Historia poprowadzona jest niezwykle gładko i właściwie nie odbiega zbytnio od literackiego pierwowzoru. Gra Geralda nie należy do opowieści łatwych do przeniesienia na ekran. Historia jest niezwykle statyczna, dzieje się niemal wyłącznie na jednym łóżku, czy raczej należałoby powiedzieć – w głowie jednej bohaterki, która w czasie gry erotycznej zostaje przez swojego męża Geralda przykuta do łóżka kajdankami. Niestety Gerlad umiera na niespodziewany atak serca, co stawia jego żonę w stytuacji dramatycznej – musi się ona uwolnić, gdyż inaczej grozi jej śmierć z głodu i pragnienia. Dramatyzmu dopełnia fakt, że domek w którym owa gra się odbywa, znajduje się na odludziu, Jessie nie może więc liczyć na uwolnienie przez obcych. Stephen King w powieści akcję zawiązuje błyskawicznie i od razu przechodzi do rzeczy – do analizy psychologicznej swej bohaterki, która musi nie tylko uwolnić się z kajdan dosłownych ale także z tych metaforycznych, tych, którymi od dzieciństwa skuwa się wszystkie małe dziewczynki. Przyznać trzeba uczciwie, że trudno z tej historii zrobić kasowy filmowy hit.

Niewątpliwie Mike Flanagan, reżyser filmu wyszedł z tej pułapki zręcznie, choć tanim kosztem. W powieści bohaterka o imieniu Jessie prowadzi w wyobraźni długie rozmowy z postaciami z przeszłości – między innymi z przyjaciółką Norą, której zabrakło w scenariuszu. Powstaje w ten sposób luka, którą widać na ekranie. Książkowa Ruth jest niejako przeciwwagą dla Dobrej Żony, którą uosabia Jessie i każda z nich będzie przekonywać bohaterkę do swoich racji. Dobra Żona to personifikacja wszystkich strachów Jessie – jest bierna, wycofana, łatwo oddaje inicjatywę innym, nie bardzo potrafi stawiać czoła problemom. Ruth zaś to osoba energiczna, nawykła do działania i do brania spraw w swoje ręce. Wytwarza to w książce ciekawą dynamikę, której zabrakło w filmie.

Drugą zmianą w stosunku do oryginału jest sama kluczowa postać Geralda. Jessi nie chce bawić się w jego grę, jest nią zniesmaczona i upokorzona. Sam Gerald budzi w niej odrazę i niechęć. Gerald opisany został przez Kinga jako dość śmieszny jegomość w średnim wieku, pełen kompleksów i trochę nudnawy. Wybór Bruce'a Greenwooda do tej roli trochę mnie zaskoczył, wydawało mi się, że zupełnie nie pasuje on do tej roli. Podobnie jest z resztą z rolą Carly Cugino. Oboje grają poprawnie, choć uważam, że powieść Kinga jest doskonałym materiałem dla wybitnej aktorki, która dysponuje dużo większym wachlarzem ekspresji. Greenwood nieco przytłacza Cugino, zabiera jej scenę tam, gdzie psychologia Jessie jest najciekawsza, co jest paradoksem, jeśli odwołamy się do tematyki filmu. Wydaje mi się też, że Cugino jest zwyczajnie zbyt grzeczna i przeciętna w tej roli. Brak mi w niej złości, furii, buntu, które wywołują w książkowej wersji bohaterki chęć wyrwania się z kajdan. Odwołując się do pierwowzoru Kinga – Carla Cugino ma w sobie zbyt wiele Dobrej Żony a zbyt mało Ruth, aby film Netflixa mógł wywołać we mnie emocje podobne tym, które wywołała we mnie książka.

UWAGA - W DALSZEJ CZĘŚCI TEKSTU PISZĘ O ZAKOŃCZENIU FILMU!

Pomijając powyższe uwagi film Grę Geralda obejrzałam z zainteresowaniem i nie zauważyłam w nim większych potknięć. Wszystko wyglądało poprawnie i to słowo jest dla mnie kluczem do filmu. Złość w procesie przemiany Jessie gra w książce niezwykle ważną rolę. Wiele razy krzyczy, przeklina, wychodzi, jak nazwaliby to spece od treningów osobowościowych, ze strefy konfortu, aby zmierzyć się z całym złem, jakie przytrafiło jej się w życiu. Dobra Żona znika, aby Jessie mogła przetrwać. W filmie zostaje to zastąpione terapią i zaangażowaniem Jessie w pomaganie innym ofiarom przemocy, kiedy już udaje się pokonać wszystkie złe demony. 

Czy warto obejrzeć film Netflixa na podstawie mniej znanej książki Stephena Kinga? Warto, choć w tym przypadku książka jest o wiele, wiele lepsza.

 

© krytycznik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci