', 'auto'); ga('send', 'pageview');
Menu

krytycznik

Blog o współczesnym świecie - o serialach, filmach i książkach. O polityce, kulturze, socjologii, zombie, końcu świata, rasizmie, feminizmie i o wszystkim tym, co podnosi nam ciśnienie. O popkulturze - krytycznie.

ZBRODNIA I KARA według Stephena Kinga, czyli "1922"

anetakruk

1922cc34c462b445420682bb9f65b77c8e94_1

Dobra passa Netflixa trwa. Po niezłej Grze Geralda, której recenzję znajdziecie tutaj i świetnym serialu Mindhunter, o którym pisałam tutaj, przyszedł czas na dobrą adaptację opowieści 1922. Film pod tym samym tytułem w reżyserii Zaka Hilditcha może  nie jest wybitnym dziełem, ale jest na pewno bardzo uczciwą adaptacją, która traktuje widza na poważnie i odnosi się z szacunkiem do literackiego pierwowzoru, co jako miłośniczka Kinga w pełni doceniam.

Jeśli uznamy, że powieść Gra Geralda była trudna do przetłumaczenia na filmowy język, to podobnie rzecz się ma z opowiadaniem 1922. Jest to historia farmera, który w 1922 roku zabił swoją żonę, aby nie sprzedała odziedziczonej po ojcu ziemi, na której oboje wraz z synem przez lata mieszkali. Opowieść jest prosta i banalna - kiedy żona Wilfreda Jamesa (świetny w tej roli Thomas Jane na zdjęciu u góry) - Arlette (zupełnie przeciętna Molly Parker na zjęciu na dole) postanawia jednak sprzedać ziemię i wyprowadzić się wraz synem Henrym (Dylan Schmid) do miasta, mąż postanawia ją zabić. Wszystko to, co dzieje się w opowieści później, jest tylko konsekwencją tej decyzji.

Opowiadanie Kinga, które jest podstawą dla filmu, to jeden z trudniejszych tekstów tego autora. Należy do zbioru wydanego w 2010 roku pod tytułem Czarna bezgwiezdna noc. King skupia się w nim na psychologii swego bohatera, na stosunkach małżeńskich, jakie panowały w Ameryce w drugiej dekadzie zeszłego wieku i trzeba przyznać, że robi to znakomicie. Wilfred uśmierca żonę korzystając przy tym z pomocy swego nastoletniego syna, wrzuca jej ciało do studni, lecz nie zostaje za to skazany przez prawo. Nikogo szczególnie nie interesuje to, co dzieje się w domu między mężem a żoną, a rzekoma ucieczka Arlette tylko chwilowo wzbudza zainteresowanie mieszkańców. Zak Hildtch, który jest zarazem reżyserem i scenarzystą tego filmu dość dobrze przekłada prozę Stephena Kinga na ekran i pokazuje, jak morderstwo dokonane na żonie i matce niszczy powoli ojca i syna, wpędzając ich w spiralę szaleństwa i przemocy. 

Moje zastrzeżenia do tego filmu są jednak dość poważne. Po pierwsze Henry James, rola kluczowa w tym filmie powierzona została Dylanowi Schmidowi, który radzi sobie co prawda nieźle w tych nielicznych fragmentach, w których występuje, ale za sprawą skrótowego scenariusza, nie jest to rola przekonywująca. Kiedy Frank Darabont kręcił Skazanych na Shawshank, miał ambicje opowiedzenia czegoś więcej niż tylko dramatycznej historii jednego z więźniów. Zdecydował się na rozszerzenie dialogów, podkreślenie emocji, pokazanie złożoności ludzkich reakcji na więzienne odosobnienie. Ten podstawowy element zadecydował o tym, że udało mu się stworzyć arcydzieło. Cała reszta - klimat epoki, polityka, kryminalna zagadka były tylko tłem dla wspaniałych kreacji aktorskich. Film Hilditcha jest skonstruowany w dokładnie odwrotny sposób. Forma jest ujmująca, bohaterowie zagrani dobrze, ale relacje między nimi i głębia psychologiczna, która powinna uzasadniać ich decyzje, potraktowana jest bardzo pobieżnie.

449979C7000005784911172imagem41_1506106079665

Kluczowa rozmowa ojca z synem idących w polu kukurydzy, kiedy to ojciec namawia Henry'ego, aby pomógł mu zabić matkę, jest zupełnie pozbawiona napięcia. Decyzja zapada zbyt szybko, brak tu starannie plecionej u Stephena Kinga sieci manipulacji, w którą Wilfred wciąga syna. Kamera oddalona jest od bohaterów, nie pokazuje widzom emocji na ich twarzach i widz ten dystans wyczuwa. Scena nie jest wiarygodna. Podobnie skrótowo potraktowana jest przemiana Henry'ego. Pomysł scenarzysty na młodocianą parę przestępców (u Kinga pokazane jest to nieco inaczej) nie jest zły, jest tylko bardzo źle zrealizowany. Wszystko dzieje się między fantazją a fantastyką, scenom brak dramatyzmu, brak głębi, brak prawdopodobieństwa.

Wszystkie te niedociągnięcia sprawiają, że bardzo dobre opowiadanie Stephena Kinga, które mogło być podstawą dla wybitnego filmu, zostało zredukowane do uproszczonego moralitetu, który owszem, dobrze się ogląda, ale nic poza tym. 1922 z odpowiednim scenariuszem mogło wyjść poza ramy historii przemocy domowej czy zbrodni i kary. Mogło stać się historią o początkach amerykańskiego snu, który od dziesięcioleci budowany był na mniej lub bardziej ukrytej przemocy. Największą zaletą opowiadania nie są bowiem tak dobitnie podkreślone przez film Netflixa wyrzuty sumienia Wilfreda Jamesa. Najbardziej wstrząsającym fragmentem jest zasiane ziarno w duszy syna-nastolatka, które powoli rośnie i kiełkuje, aby wydać z siebie swoje trujące owoce. I tego niestety nam Zak Hilditch nie pokazał.

Na koniec chciałam poświęcić kilka słów odtwórcy głównej roli - Thomasowi Jane, który jest zdecydowanie najjaśniejszą stroną nowej produkcji Netflixa i niewątpliwie ratuje cały film. Jego kreacja jest bardzo dobra i rozpycha się nieco w skromnych ramach niewiele oferującego mu scenariusza. W książce narrator jest postacią zagadkową, zna Shakespeare'a, jest chyba kimś więcej niż tylko prostym, niewykształconym farmerem. List będący jednocześnie spowiedzią świadczy o samoświadomości i o poczuciu tragizmu swego losu. Opowiadanie dotyka tematyki przemocy, ale nie tylko. Przemoc wszak rodzi się z bezsilności i z poczucia osaczenia. Filmowy Wilfred czuje do żony czystą nienawiść. Kolejne sceny prowadzą widza do prostych, zbyt prostych odpowiedzi na pytanie o przyczyny zabójstwa.

Uważam, że nowa produkcja Netflixa na tle wielu innych ekranizacji powieści Stephena Kinga jest jednak dość udana. To dobrze, że twórcy filmowi szukają w jego literaturze wątków nieoczywistych, gdyż pisarz ten wciąż wydaje mi się niedoceniany i wciąż wiele jest opowieści jego autorstwa, które czekają na scenarzystów z odpowiednią wrażliwością, reżyserów ze sporą wyobraźnią i hojnych producentów. 

© krytycznik
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci